Wieczór klubowy: długi stół i jedna wielka zupa
Dwa razy w roku zamykamy dom dla przypadkowych gości i zapraszamy tylko tych, którzy wracają co tydzień. Opowiadam, jak to wygląda od środka.
Co robimy, gdy w domu są sami swoi.
Zaczyna się od zestawienia stołów. Wszystkie jadalniane stoliki przesuwamy pod piec i łączymy w jeden długi blat, na którym mieści się dwadzieścia pięć osób. Karolina rozkłada białe obrusy, a Wiesław nastawia największy garnek, jaki mamy. W środku gotuje się żurek na zakwasie, który zaczął odpoczywać trzy dni wcześniej.
Goście schodzą się około szesnastej. Hanna z chlebem pod pachą, pan Henryk z termosem, dwie malarki z pracowni obok. Siadają, jak lubią, i od razu zaczynają rozmawiać o wszystkim naraz. Norbert wynosi pierwsze bochenki prosto z pieca i kładzie je na środku stołu, żeby każdy mógł oderwać kawałek.
Po zupie jest kasza gryczana ze skwarkami, pierogi z soczewicą i cebularz. Nikt nie liczy, ile zjadł, bo nie ma czego liczyć. Rozmowy się przeplatają, ktoś opowiada o dawnych sezonach, ktoś pyta o przepis, ktoś inny chwali sernik. Ja chodzę wzdłuż stołu i dolewam herbaty.
Około osiemnastej idziemy na piętro. Jadwiga zapala lampę, rozkłada talie i prosi o ciszę. Gramy w pokera przy dwóch stołach, na żetonach, które nie mają wartości, a kto nie gra, siedzi przy ścianie i patrzy. Jest bardzo spokojnie, nawet kiedy ktoś wygrywa kolejne rozdanie.
Zawsze też zostaje coś na później: Wiesław odkłada porcję zupy na następny dzień, a Karolina zapisuje na kartce, kto jakiego chleba chciał dokładkę.

Co zostaje po klubowym stole.
Wspólne zdjęcie
Na koniec robimy jedno zdjęcie, zawsze to samo: wszyscy stoją przy piecu, a Norbert trzyma ostatni bochenek. Zdjęcie ląduje w albumie, który leży na komodzie w holu. Kto chce, może do niego zajrzeć i znaleźć siebie sprzed kilku lat.
Bez wręczania
Nie ma nagród ani dyplomów; do domu zabierasz wyłącznie wspomnienie wieczoru i zapach pieca w płaszczu. Dla kogoś, kto lubi chleb, to i tak więcej niż trzeba.
Następny wieczór
Kolejny wieczór klubowy planujemy na początek jesieni. Zaproszenia roześlemy z wyprzedzeniem, a jeśli ktoś nie dostanie żadnego, wystarczy, że zadzwoni do Karoliny. Zawsze znajdzie się dla niego krzesło przy piecu.
Dla nowych
Jeśli jesteś u nas po raz pierwszy i słyszysz o klubie, nie traktuj tego jak zamkniętego grona. Przyjdź w środę wieczorem, poznaj kilku stałych gości i zobacz, czy to miejsce dla ciebie. Zaproszenia dostają ci, którzy wrócą, a wracają ci, którym było dobrze.
Rozmowy przy stole
Najlepsze rozmowy zaczynają się po zupie, kiedy każdy ma pełny brzuch i lekką głowę. Pan Henryk opowiada o dawnych sezonach, Hanna o swojej babci, malarki o nowym obrazie. Nikt nie przerywa, a kiedy rozmowa cichnie, ktoś zawsze dorzuca kolejne wspomnienie.