Sala na piętrze: cegła, sukno, jedna lampa.
Cztery stoły, jedna krupierka i jedna lampa nad środkiem sali. Gramy na żetonach bez wartości, wyłącznie na miejscu.
Co zobaczysz po wejściu.
Wchodzisz po drewnianych schodach, które skrzypią w paru miejscach. Na górze otwierają się podwójne drzwi z mosiężnymi klamkami, a za nimi długa sala z ceglanymi ścianami i dużymi oknami na ulicę. Na ścianach wiszą stare blachy do pieczenia chleba, a pod nimi stoły przykryte zielonym suknem.
Pośrodku sali wisi lampa z grafitowym kloszem. Daje ciepłe, niskie światło, które rozlewa się po suknie i zostawia kąty w półmroku. Stary piekarz mówił, że dobre światło to takie, które nie przeszkadza ludziom patrzeć sobie w oczy. Z lampą jest tak samo.
Dwa stoły pokerowe stoją przy oknach, ruletka pod ścianą naprzeciwko, blackjack w rogu przy schodach. Każdy stół ma numer, tabliczkę z regułami i krzesła z drewnianymi oparciami. Przy każdym siedzi pięć albo sześć osób, a krupierka stoi lub siedzi po wewnętrznej stronie.
Gramy w Texas Hold'em, Omahę, Seven Card Stud i Five Card Draw, a także w ruletkę i blackjacka. Automatów nie ma i nigdy nie było. Wszystko, co dzieje się w sali, dzieje się w sali; nie ma stołów w internecie ani transmisji.
Pod ścianą stoi długa ława, na której możesz usiąść, jeśli akurat nie grasz. Przed nią mały stolik z dzbankiem herbaty i szklankami, a nad nim lustro w drewnianej ramie, w którym odbija się lampa. To najlepsze miejsce, żeby obserwować salę, bo widać z niego wszystkie cztery stoły naraz.
W rogu, przy oknie, stoi zegar turniejowy z wyciszonym dzwonkiem. Obok niego wisi tablica z imionami mistrzów wieczoru, napisanymi ołówkiem. Kiedy ktoś wygrywa, Robert dopisuje jego imię, żeby każdy triumfator miał swoje miejsce na tablicy.
Okna wychodzą na Senatorską, więc zimą, kiedy pada śnieg, światło lampy odbija się w szybach i robi się niemal teatralnie. Latem otwieramy je szeroko, a do sali wpada gwar rynku i zapach pieczonych jabłek z sąsiedniego straganu. Karty szeleszczą wtedy trochę głośniej, ale nikt nie ma o to pretensji.

Poker
dwa stoły przy oknach, po sześć miejsc
Ruletka
jedno koło, krupierka po wewnętrznej stronie
Blackjack
stół półokrągły, pięć krzeseł
Krupierka i jej cierpliwość.
Jadwiga Rządkowska zaczyna wieczór od jednego pytania: kto jest tutaj pierwszy raz? Podnosi wtedy rękę, a nowi goście podchodzą do stołu, przy którym tłumaczy zasady. Rysuje kartę na serwetce i mówi: „Najpierw zrozumiemy, potem zagramy”. Nikt nie pyta, ile lat się uczyła.
Jeśli ktoś przychodzi z doświadczeniem, Jadwiga pozwala mu zasiąść do stołu zaawansowanego. Zna wszystkie odmiany pokera, ruletkę i blackjacka, a przy stole potrafi jednym zdaniem uciszyć sprzeczkę. Jej ulubione powiedzenie to: „Karty nigdy się nie mylą, ludzie czasem tak”.
Pomaga jej Karolina Baran, która zapisuje chętnych na kartce i woła ich po imieniu. Jeśli sala jest pełna, Karolina zaprasza do stolika w jadalni na herbatę, a potem prowadzi na górę, gdy zwolni się krzesło. Nikt nie stoi z boku bez celu.
Ja, Robert, stoję zwykle przy schodach i pilnuję całości. Dbam o to, żeby w sali było cicho, a przy stołach spokojnie. Gdy trzeba, proszę o ściszenie rozmów albo odsuwam kogoś od stołu. Zdarza się to rzadko i zawsze załatwiamy to uprzejmie.
Dla początkujących Jadwiga ma własny sposób. Rozkłada talię rewersem do góry i prosi, żeby nowy gość wybrał trzy karty. Potem pokazuje, jak układają się w kombinacje i dlaczego jedna z nich jest silniejsza od drugiej. W ten sposób zasady zapamiętuje się szybciej niż z jakiejkolwiek instrukcji.
Wieczorem, kiedy sala się wypełnia, krupierka przesuwa się od stołu do stołu i dba o tempo. Tam, gdzie gra się szybko, prosi o spokój, tam, gdzie ktoś utknął, podsuwa krótką podpowiedź. Nigdy nie podnosi głosu i nigdy nie traci poczucia humoru, choćby wieczór był długi.
Jadwiga ma też kilka rytuałów. Przed pierwszym rozdaniem dotyka palcami brzegu stołu, jakby sprawdzała, czy sukno nie zmieniło temperatury. Po ostatnim zbiera karty w równy stos i stuka nimi o blat dwa razy. Stali bywalcy twierdzą, że ten dźwięk oznacza koniec wieczoru lepiej niż jakikolwiek zegar.
Na koniec wieczoru ktoś zawsze zostaje przy stole dłużej niż inni. Zwykle to pan Henryk, który rozkłada pasjansa na skraju sukna, albo Hanna, która dopisuje coś do zeszytu z uwagami. Karolina nie przegania nikogo, tylko cicho podsuwa kolejną herbatę.

Sala w kilku kadrach.

